Popularne artykuły

Nigdy nie znajdziemy leku na raka

2016-03-23 10:17:50 (ost. akt: 2016-03-23 11:04:16)
Nigdy nie znajdziemy leku na raka

Autor zdjęcia: Fot. Szymon Świętochowski na potrzeby kampanii reklamowej programu "Potyczki naukowców" emitowanego na kanale Planete+; realizacja: agencja reklamowa 2012

Z Zofią Felicją Bielecką, biotechnolożką medyczną badającą nowotwory na poziomie molekularnym, rozmawiamy o tym, jak mówić o raku, udziale w programie telewizyjnym i popularnych serialach medycznych.

— Jak Pani trafiła do programu „Potyczki naukowców”?

— Dostałam maila z domu produkcyjnego z pytaniem, czy nie chciałabym wziąć udziału w tym programie. Byłam zdziwiona. Później dowiedziałam się, że informacja na mój temat pochodziła od Marty Michalskiej-Bugajskiej, która przygotowywała konkurs popularyzatorski „Inter”. Startowałam w nim w 2014 roku. Jest on organizowany przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i jego finał polega na przedstawieniu swojego interdyscyplinarnego projektu przed publicznością i kapitułą – można w ten sposób dostać na niego dofinansowanie. Producent dostał dziesięć filmów z konkursu i wybór padł akurat na mnie. Stacja Planete+ przystała na tę propozycję. Dostałam się do programu przez kompletny przypadek.

— Podobno był duży problem ze znalezieniem uczestników „Potyczek”.

— To w pewnym sensie zrozumiałe — bo niby gdzie szukać badaczy popularyzujących naukę? Nie jest nagłaśniane to, że istnieją takie instytucje jak Narodowe Centrum Nauki czy Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Większość kojarzy jedynie Centrum Nauki Kopernik i to właśnie za jego pośrednictwem i organizowanej tam polskiej edycji międzynarodowego konkursu FameLab znaleziono pierwszych uczestników. Ten konkurs jest bardziej nastawiony na show niż na merytorykę i być może również z tego powodu jest on bardziej popularny.

— Na czym polegały „Potyczki naukowców”?

— Prezenterzy to czworo badaczy reprezentujących inne dziedziny nauki. Mieliśmy fizyka, inżyniera kosmicznego, chemika i biotechnologa medycznego – czyli mnie. W dziesięciu blokach tematycznych każdy uczestnik miał przedstawić rewolucyjny, fajny, ciekawy wynalazek z własnej dziedziny. Najlepiej oczywiście polski.

— Nie było problemów ze znalezieniem takich wynalazków?

— Nie było. Z pewnością wystarczyłoby ich na jeszcze kilka sezonów programu, których niestety już nie będzie. Myślę, że widzowie wolą oglądać programy goniące za sensacją, a w „Potyczkach” właściwie sensacji nie było – poza tym, że trochę się spieraliśmy, ale było to intencjonalne założenie programu. Ta współczesna pogoń za sensacją dotyczy zresztą nie tylko telewizji – na przykład nagłówki artykułów popularnonaukowych pełne są zbyt daleko idących wniosków, sformułowań zdecydowanie na wyrost. Mogę to zobrazować na podstawie moich badań nad nowotworami. Czasami pojawiają się w prasie nagłówki, że wynaleziono lek lub szczepionkę na raka. Po wczytaniu się w artykuł okazuje się jednak, że żadnej rewolucji nie ma i nie będzie. Dlatego oglądalność programów naukowych, przyrodniczych czy historycznych jest niższa od programów stawiających na show. Oczywiście można połączyć naukę z czymś sensacyjnym i wybuchowym, ale nie zawsze. Rozumiem w związku z tym przyczynę pisania takich artykułów — tylko w ten sposób można zainteresować trudnym tematem przeciętnego odbiorcę, ale tego nie popieram.

— To jak można rozmawiać o raku w sposób atrakcyjny, żeby zainteresować zwyczajnych odbiorców?

— Trzeba próbować tak o tym mówić, żeby ich nie zanudzić, żeby nie poczuli się, jakbym mówiła do nich po chińsku. Warto używać prostych, sympatycznych i nieskomplikowanych określeń. Dobrze jest również używać prostych analogii. Znaczną część moich badań prowadzę metodą in vitro. Przykładowo, jeżeli ktoś pyta mnie, czym się zajmuję w laboratorium, to ja mówię o tym, że codziennie muszę „nakarmić” moje komórki. Taka umiejętność przychodzi z wiekiem i dystansem do swojej pracy. Luz pojawia się wraz z ilością pracy (która nie zawsze przynosi wymierne rezultaty) włożonej w swoje badania. Zauważmy, że wybitni badacze podczas wystąpień w ogóle nie mówią skomplikowanym językiem. Na przykład profesor Robert Weinberg, noblista, który napisał książkę pt. „Samolubna komórka”. Bardzo chciałabym umieć tak mówić i pisać. Dobrze byłoby, żeby społeczeństwo wiedziało, że my, badacze, nie jesteśmy dziwnymi ludźmi, którzy, kolokwialnie mówiąc, nie widzą światła słonecznego, bo tak dużo czasu spędzają zamknięci w czeluściach swoich laboratoriów. To mit.

— Co Pani sądzi o takich serialach jak „Dr. House” czy „The Knick”, które opowiadają o pracy trochę jednak szalonych naukowców?

— „The Knick” jest świetny. Uwielbiam ten serial. Od strony merytorycznej jest zrobiony naprawdę rewelacyjnie. Oba seriale opowiadają o pasjonatach, którzy żyją nauką czy też problemami medycznymi, nie mają właściwie nic poza tym, ale przekraczają granice, często kosztem własnego zdrowia i życia. Powinno powstawać coraz więcej rzetelnych produkcji na temat pracy naukowej, tego, jak wyglądała ona kiedyś, kiedy była właściwie w powijakach, i tego, jak wygląda teraz.

— Czy są programy, które zamiast promować naukę bardziej szkodzą?

— Takim przykładem są seriale z serii „CSI”. Elementy pracy laboratoryjnej są tam tak bardzo źle pokazane... A producenci z pewnością mają duży budżet. Wystarczyłoby zatrudnić kompetentną osobę do konsultacji merytorycznej.

— Skoro już mówiliśmy o tym, że o nauce warto jest mówić w prosty sposób — czym się Pani zajmuje, tak w prostych słowach?

— Jestem biotechnologiem medycznym, ale tak naprawdę, odkąd zajmuję się nauką i badaniami, pracuję na nowotworach. Na początku to były nowotwory mózgu. Teraz zajmuję się guzami nerek. Zakres badań się zmienia. Teraz staram się określić, jaka jest przyczyna molekularna faktu, że niektórzy pacjenci nie reagują na pewien lek od samego początku lub uodporniają się na niego po pewnym czasie. Badam także to, dlaczego na niektórych pacjentów dana terapia jednak działa. W drugim projekcie tworzę trójwymiarowy model do badań między innymi lekooporności.

— Jesteśmy blisko odkrycia leku na raka?

— Nie ma czegoś takiego, jak lek na raka. Poza tym nie każdy nowotwór to rak. To dosyć skomplikowane. Możemy umownie stosować te terminy wymiennie na użytek naszej rozmowy.

— Czy kiedyś rak stanie się chorobą uleczalną, tak jak grypa?

— To jest chyba jednak niemożliwe. Według raportu WHO liczba zachorowań ma drastycznie wzrosnąć do 2035 roku (szacuje się, że może to być nawet 35 mln rocznie osób na świecie chorujących na różne odmiany nowotworów). Oczywiście będziemy mieli większe pole do manewru, jeżeli chodzi o badania i diagnostykę. Moim zdaniem to tempo jest jednak nie do przezwyciężenia. Równocześnie należy podkreślać i uświadamiać ludzi, szczególnie pacjentów, że nie ma i nie będzie czegoś takiego jak jedno, uniwersalne antidotum. Kiedy dostałam pierwszy grant na badania, moja koleżanka powiedziała: „Super, Zosia wynajdzie lek na raka”. Pomyślałam, że to miłe, że tak się ucieszyła, ale te badania są o wiele mniej spektakularne, niż jej się to wydaje.

— Skoro nie ma i nie będzie jednego leku na wszystkie nowotwory, to jaka jest alternatywa w takim wypadku dla osób chorych?


— Możemy wynajdywać leki na konkretne typy nowotworów. W tej chwili obowiązuje trend w kierunku terapii spersonalizowanej, czyli celowanej. To nie jest chemioterapia, która zabija nie tylko komórki nowotworowe, ale też zdrowe. Terapia celowana ma za zadanie zagłodzić nowotwór, czyli unicestwić naczynia krwionośne będące jego źródłem pożywienia. Ma ona celować właśnie w jeden, konkretny punkt danego szlaku molekularnego. Tych punkcików mogą być tysiące czy nawet miliony. Nie jest to pocieszająca wizja. Na poprawę humoru mogę jedynie powiedzieć, że równolegle ze zwiększaniem się liczby nowych zachorowań będzie wzrastać liczba dostępnych leków i form terapii. W „Potyczkach naukowców” Michał Krupiński, fizyk, pokazał taki wynalazek, który za pomocą protonów eliminuje komórki chore z bardzo dużą dokładnością (Centrum Terapii Protonowej w Bronowicach). Jest to szczególnie ważne dla małych dzieci. Ludzie umierają często nie bezpośrednio na raka, a z powodu efektów ubocznych terapii.

— A może rozwój transplantologii pomoże w pokonaniu nowotworu?

— Brzmi dobrze, ale jak przeszczepić mózg? To problem z powodów technicznych i etycznych. Na zajęciach z anatomii większość podręczników dotyczących konkretnych układów to opasłe tomiska. O mózgu jest relatywnie mała książeczka. To pokazuje, jak wiele jeszcze nie wiemy o ludzkim mózgu. A jego nowotwory należą do najbardziej śmiertelnych.

— Czyli walka z rakiem to taka ciągła pogoń naukowców za króliczkiem?

— Tak. Będziemy go gonić w nieskończoność.

Michał Krawiel

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Komentarze (1) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. Michelle Brown Kyanne #2018733 | 198.7.*.* 29 cze 2016 22:07

    "Jestem tutaj, aby wyrazić moją głęboką wdzięczność ciepłego oleju konopnego Rick Simpson, który dostałam od Dr, drmehmetoz01@hotmail.com~~HEAD=pobj. Jestem teraz pozostawiając zdrowe życie od minionego 1 rok jestem teraz rak darmo po aplikacji i użytkowania. Możesz skontaktować się za pośrednictwem e-mail z leków: drmehmetoz01@hotmail.com~~HEAD=pobj. Życzymy wszystkiego najlepszego i szczęśliwego uzdrowienia. Dzięki i Bóg zapłać za pomoc, i będzie dalej pomóc w walce z rakiem na świecie. Z poważaniem Michelle Brown Kyanne Chicago

    ! - + odpowiedz na ten komentarz